cz 3
Mijały
tygodnie, a ja dzień w dzień wpadałam na herbatkę.
Nie
rozmawialiśmy wiele, o pogodzie, o polityce . Unikaliśmy rozmów
osobistych, ale to nam nie przeszkadzało. Chyba czuł , ze się nim
opiekuję i sprawia mi to przyjemność, a ja czułam , że
potrzebuje być potrzebna.
To
był maj, jak w piosence Maryli Rodowicz. :) Siedzieliśmy na
werandzie jego domu.
O
czym on mówił? Pomyślałam. Nie czekając na moje pytanie ciągnął
dalej.
-Moja
Ester. Nastało smutne milczenie.
Zdziwiłam
się , że nawiązał do osobistych spraw.
-Ester
to Pana żona?
-Tak.
Moja miłość, moje słońce i pragnienie, mój skarb.
Byłam
zaskoczona tym wyznaniem. Ale przecież miłość nie zna granic , bo
jeśli jest wielka to na całe życie.
-Była
moją żoną przez ponad 40 lat. Na dobre i złe. Od chwili jej
śmierci, postanowiłem również umrzeć dla świata, nawet dla
rodziny. Im dłużej Cię znam , tym bardziej mi ją przypominasz.
Po
jego pomarszczonym policzku, popłynęła łza.
-Jeśli
Panu to pomoże, proszę mi o niej opowiedzieć, po to są
przyjaciele.
Przychodząc
do niego co dzień, odnalazłam w tym domu bratnią duszę w ciele
starego człowieka Ale wiek nie miał najmniejszego znaczenia w tym
jak się czuliśmy spędzając czas razem. On mimo lat był młody
duchem.
W
jego szaleństwie , była metoda. Metoda zamknięcia swojego świata
we wspomnieniach niezmąconych przez teraźniejszość. Z chwilą
śmierci żony, przestał myśleć o przyszłości, dla niego liczyła
się przeszłość. Myślę że gdyby to sprawiło , że połączyłby
się z ukochaną, oddałby za to całą przyszłość.
-Moja
Ester, miała długie kruczoczarne włosy i oczy jak toń morza u
wybrzeży Karaibów. Z wiecznym uśmiechem na twarzy i radością w
głosie . Istny anioł .
Zamilkł
na chwilę.
-Miała
raka. Okrutna choroba. Zabija całą radość życia, męczy dusze
świadomością nieuchronnej śmierci.Zmarła w przeddzień 60
urodzin....i tak co roku najpierw obchodzę rocznicę jej śmierci,
potem urodziny....i wiesz w mojej głowie ożywa i przez cały rok
jest przy mnie, by po prawie roku bez jednego dnia znów umrzeć i
narodzić się w kolejnym już tylko dla mnie.
Ludzie
mówią , prawdziwa miłość nigdy nie umiera , tylko człowiek ,
który został usycha z tęsknoty za tą miłością. Ale ten
staruszek, choć smutny , nie usychał, on dalej wierzył że ona
jest przy jego boku.
-Chodź
ze mną.
Złapał mnie za rękę i zaprowadził do innego pokoju. Z
biurkiem i lampką w jednym rogu. Pośrodku , leżał miękki
kwiecisty dywan, w który się zapadłam, gdy na niego stanęłam.
Cztery ściany pokoju zabudowane były półkami pełnymi pamiątek
po ukochanej
i......stosami
listów.
Zdziwił
mnie ten widok.
-Dostaje
Pan tyle listów?
-Nie,
sam je piszę.
Starałam
się ukryć zdziwienie.
-Piszę
do mojej Ester, codziennie od jej śmierci. Jeden list o tym jak
bardzo ją kocham, tęsknie, wspominam wspólnie przeżyte chwile. To
daje mi siłę by dalej żyć. By pamiętać.
Pomyślałam
, chciałabym , żeby mnie też ktoś tak pokochał. Ale taka miłość
, zdarza się raz na milion.
Wyszliśmy
z pokoju. Jakże ten człowiek musiał mi zaufać, że wpuścił mnie
do swojej pustelni, zdradził swoją tajemnicę. Byłam mu wdzięczna
, za to że pokazał mi że miłość to nie fikcja, że jednak
istnieje.
-Widzisz-powiedział-
Mam rodzinę, wspaniałe dzieci i wnuki, ale odseparowałem się od
nich, bo cierpię jak widzę w nich cząstkę Ester. Mają mi to za
złe. Nie dziwię się im, ale w końcu zrozumieli, że ich kocham,
ale ona była moim życiem i wraz z nią ja też poniekąd umarłem.
Po
tych słowach , pożegnał się ze mną. Opuściłam jego dom.
Przychodziłam
do niego jak to miałam w zwyczaju, ale wśród naszych rozmów,
nigdy już nie wrócił do swojej zmarłej żony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz