poniedziałek, 11 czerwca 2012

Staruszek i jego mur 
cz 3

PRZYJAŹŃ


Mijały tygodnie, a ja dzień w dzień wpadałam na herbatkę.
Nie rozmawialiśmy wiele, o pogodzie, o polityce . Unikaliśmy rozmów osobistych, ale to nam nie przeszkadzało. Chyba czuł , ze się nim opiekuję i sprawia mi to przyjemność, a ja czułam , że potrzebuje być potrzebna.
To był maj, jak w piosence Maryli Rodowicz. :) Siedzieliśmy na werandzie jego domu.
-Szkoda, że odeszła, była taka jak Ty.
O czym on mówił? Pomyślałam. Nie czekając na moje pytanie ciągnął dalej.
-Moja Ester. Nastało smutne milczenie.
Zdziwiłam się , że nawiązał do osobistych spraw.
-Ester to Pana żona?
-Tak. Moja miłość, moje słońce i pragnienie, mój skarb.
Byłam zaskoczona tym wyznaniem. Ale przecież miłość nie zna granic , bo jeśli jest wielka to na całe życie.
-Była moją żoną przez ponad 40 lat. Na dobre i złe. Od chwili jej śmierci, postanowiłem również umrzeć dla świata, nawet dla rodziny. Im dłużej Cię znam , tym bardziej mi ją przypominasz.
Po jego pomarszczonym policzku, popłynęła łza.
-Jeśli Panu to pomoże, proszę mi o niej opowiedzieć, po to są przyjaciele.
Przychodząc do niego co dzień, odnalazłam w tym domu bratnią duszę w ciele starego człowieka Ale wiek nie miał najmniejszego znaczenia w tym jak się czuliśmy spędzając czas razem. On mimo lat był młody duchem.
W jego szaleństwie , była metoda. Metoda zamknięcia swojego świata we wspomnieniach niezmąconych przez teraźniejszość. Z chwilą śmierci żony, przestał myśleć o przyszłości, dla niego liczyła się przeszłość. Myślę że gdyby to sprawiło , że połączyłby się z ukochaną, oddałby za to całą przyszłość.
-Moja Ester, miała długie kruczoczarne włosy i oczy jak toń morza u wybrzeży Karaibów. Z wiecznym uśmiechem na twarzy i radością w głosie . Istny anioł .
Zamilkł na chwilę.
-Miała raka. Okrutna choroba. Zabija całą radość życia, męczy dusze świadomością nieuchronnej śmierci.Zmarła w przeddzień 60 urodzin....i tak co roku najpierw obchodzę rocznicę jej śmierci, potem urodziny....i wiesz w mojej głowie ożywa i przez cały rok jest przy mnie, by po prawie roku bez jednego dnia znów umrzeć i narodzić się w kolejnym już tylko dla mnie.
Ludzie mówią , prawdziwa miłość nigdy nie umiera , tylko człowiek , który został usycha z tęsknoty za tą miłością. Ale ten staruszek, choć smutny , nie usychał, on dalej wierzył że ona jest przy jego boku.
-Chodź ze mną. 
Złapał mnie za rękę i zaprowadził do innego pokoju. Z biurkiem i lampką w jednym rogu. Pośrodku , leżał miękki kwiecisty dywan, w który się zapadłam, gdy na niego stanęłam. Cztery ściany pokoju zabudowane były półkami pełnymi pamiątek po ukochanej
i......stosami listów.
Zdziwił mnie ten widok.
-Dostaje Pan tyle listów?
-Nie, sam je piszę.
Starałam się ukryć zdziwienie.
-Piszę do mojej Ester, codziennie od jej śmierci. Jeden list o tym jak bardzo ją kocham, tęsknie, wspominam wspólnie przeżyte chwile. To daje mi siłę by dalej żyć. By pamiętać.
Pomyślałam , chciałabym , żeby mnie też ktoś tak pokochał. Ale taka miłość , zdarza się raz na milion.

Wyszliśmy z pokoju. Jakże ten człowiek musiał mi zaufać, że wpuścił mnie do swojej pustelni, zdradził swoją tajemnicę. Byłam mu wdzięczna , za to że pokazał mi że miłość to nie fikcja, że jednak istnieje.
-Widzisz-powiedział- Mam rodzinę, wspaniałe dzieci i wnuki, ale odseparowałem się od nich, bo cierpię jak widzę w nich cząstkę Ester. Mają mi to za złe. Nie dziwię się im, ale w końcu zrozumieli, że ich kocham, ale ona była moim życiem i wraz z nią ja też poniekąd umarłem.

Po tych słowach , pożegnał się ze mną. Opuściłam jego dom.
Przychodziłam do niego jak to miałam w zwyczaju, ale wśród naszych rozmów, nigdy już nie wrócił do swojej zmarłej żony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz